Trochę historii - Pierwszy dzień na Tajwanie

18 maja 1993 roku - prawie 24 lata temu.

Skoro świt wyruszam z moim śp. Tatą z naszego mieszkania w bloku na warszawskich Stegnach i taksówką jedziemy na lotnisko Okęcie. Towarzyszy nam zapewne Mama.
Pierwszy lot jest krótki, do Pragi. Tak kilkugodzinne oczekiwanie na kolejny lot - do Taipei. Lot Praga - Taipei miał międzylądowanie w Bangkoku. Tu pierwszy raz schodzimy na azjatycką ziemię.

Mam 22 lata i jestem po trzecim roku sinologii na Uniwersytecie Warszawskim. Egzaminy na koniec roku musiałam zdać przed wyznaczonym terminem sesji, gdyż Tata musiał pojawić się na Tajwanie jeszcze w maju.

Dla mojego Taty nie była to wyprawa na wakacje czy wypoczynek, Tata leciał do pracy. Został zaproszony przez Academia Sinica (odpowiednik Polskiej Akademii Nauk) na National Central University, gdzie miał prowadzić badania w instytucie badań kosmicznych.
Na szczęście Tatuś postanowił zabrać mnie ze sobą myśląc, że pomogę Mu w porozumiewaniu się w tubylcami. Jakże się mylił ... (ale to historia na inny wpis).

Wracając jednak do naszej podróży.

Podróż mija spokojnie, o ile pamiętam, na lotnisku w Taoyuan lądujemy po południu. Już w rękawie prowadzącym z samolotu do terminalu uderza nas upalne, wilgotne powietrze.

W hali przylotów czeka na nas młody człowiek z kartką z imieniem i nazwiskiem Taty. Mówi bardzo łamaną angielszczyzną i prowadzi nas do swojego niezbyt dużego samochodu. Wychodząc z terminalu staram się złapać powietrze, ale gorąc i wilgotność zatyka mi płuca. Czuję się jakbym weszła do sauny. Powietrze stoi, gęste, mokre, przeraźliwie upalne. Po dojściu do samochodu zaparkowanego na parkingu jestem cała mokra. Myślę - O Boże! To dopiero maj, a my mamy tu spędzić całe lato! Jak ja to przeżyję?

Po prawie godzinnej jeździe samochodem autostradą wiodącą pomiędzy porozrzucanymi domami i polami ryżowymi, docieramy do miasteczka Chungli, gdzie znajduje się uniwersytet. Zaraz obok zjazdu z autostrady widzę fermę kaczą - setki, a może i tysiące kaczek skupionych wokół małego stawu. Zauważam również, że na drodze roi się od skuterów. Jest ich więcej niż samochodów. Jedziemy dalej, trochę pod górkę. Uniwersytetu nie widać, a nasz kierowca mówi, że już prawie jesteśmy na miejscu. Wjeżdżamy w wąską uliczkę, na rogu której widzę pierwszy zachodni sklep - 7/11. Przeciskamy się pomiędzy skuterami a zaparkowanymi po obu stronach uliczki samochodami.

Source: www.ncu.edu.tw
W końcu widać bramę wjazdową na uniwersytet, jakaś taka malutka, niepozorna (dopiero później okazało się, że to była tylna brama). Nasz samochód zatrzymuje się przed budynkiem z napisem 招待所 czyli guesthouse lub akademik dla gości uniwersyteckich. Trochę to trwa zanim dostajemy klucze do naszych pokoi. Okazuje się, że pokój dwuosobowy z kącikiem kuchennym, który mieliśmy zarezerwowany nie jest jeszcze gotowy i że przez kilka ... dni musimy zadowolić się pojedynczymi pokojami. Niestety nasze pokoje są oddalone od siebie o kilka pięter. Ja dostaję pokój w ... piwnicy, bez okna, a Tata chyba na pierwszym piętrze.

W całym akademiku panuje przyjemny chłód, wszędzie włączona jest klimatyzacja, co jest miłym zaskoczeniem. Gdyby nie klimatyzacja, to pewnie bym umarła lub odwróciła się na pięcie i pognała z powrotem na lotnisko.

Nie pamiętam czy idziemy coś zjeść, czy wybieramy się na spacer po campusie uniwersyteckim czy nie. Jestem bardzo zmęczona i marzę tylko o tym by się wykąpać i położyć.

Pierwsze zetknięcie z łazienką tajwańską jest sporym wstrząsem ... Toaleta, umywalka i ... prysznic tuż obok toalety, żadnej kotary, żadnego brodzika czy kabiny, nie wspominając już o wannie. Po prostu rura od prysznica wisi przy ścianie, a w podłodze dziura z sitkiem. No i stało się dla mnie jasne dlaczego podłoga łazienki jest obniżona i dlaczego przy drzwiach w łazience stoją klapki.
Udaje mi się jednak jakoś wziąć prysznic - sukces!

W końcu idę spać! Rzucam się na łóżko i co? Twarde! Przeraźliwie twarde! Jak na czymś takim spać? Kładę się i czuję jakbym leżała na deskach. Ja chcę mięciutki materac!
Zmęczona jednak zasypiam. Co rusz, to budzę się, bo raz jest za zimno, raz za gorąco - nie mogę dać sobie rady z nastawieniem klimatyzacji. Za którymś razem budzę się i idę do łazienki...

Drugie zetknięcie z łazienką tajwańską jest jak z horroru ...
Włączam światło i słyszę, a za ułamek sekundy również widzę, że coś leci i ląduje na posadzce u moich stóp. Ze wszystkich sił powstrzymuję krzyk. Stoję jak wryta i boję się ruszyć, bo to coś to olbrzymich rozmiarów karaluch! W życiu takiego nie widziałam. I co mam teraz zrobić? Zabić go? Ale jak? Przecież jak rzucę się na niego z tym marnym klapkiem, to zanim cokolwiek zrobię on ucieknie i nie daj boże przemieści się do pokoju! W końcu wpadam na pomysł zamknięcia go pod koszem na śmieci, czyli plastikowym wiaderkiem, które stoi tuż obok toalety. Powolny obrót w kierunku kosza i mam go już w rękach, a teraz szybki ruch i ...  buch! Karaluch uwięziony pod koszem będzie czekać do rana aż mój Tata przyjdzie ten karaluchowy problem rozwiązać.

Kurtyna!

Tak minął mi pierwszy dzień na Tajwanie, czyli w kraju w którym poznałam mojego męża i w którym mieszkam obecnie od 15 lat.

Wpis ten powstał w ramach projektu KLUBU POLEK.

Comments

  1. Niesamowity pierwszy dzień! Wszystko nowe, wszystko inne i ten karaluch - Ble. Przeczytałam z przyjemnością

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dzięki. To chyba przez tego karalucha tak to wszystko pamiętam ;-)

      Delete
  2. Wiesz, że w Finlandii też mają taki typ prysznica? Tylko te rury jakieś estetyczniejsze są, no i podziałki do regulacji temperatury. Czasem jest zasłona, czasem nie ma.
    A karaluch... cóż, miałaś ten sam problem, co ja. Brrr!

    ReplyDelete
    Replies
    1. No widzisz, a ja myślałam, że to tylko na Tajwanie tak mało "cywilizowanie" bierze się prysznic nad kibelkiem ;-)

      Delete
  3. :) niezapomniane:) taki prysznic dzisiaj ładnie nazywa sie "douche à l'italienne" haha :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Rzeczywiście dużo lepiej to brzmi niż 'prysznic z toaletą w jednym' ;-)

      Delete
  4. Taki upał zawsze wróży robale. Dzisiaj też je gonisz z wiadrami? ;-)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Teraz zachowuję się niezbyt ekologicznie i wypstrykuję na nie pół puszki chemikaliów.

      Delete
  5. Hahaha, gratuluję bystrości umysłu w środku nocy i tego pomysłu z wiaderkiem :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Nawet teraz, po tylu latach, nie walnę butem w to robactwo.

      Delete
  6. Tak jak Aga pisze taki prysznic uswiadczylam też we Włoszech.
    Bardzo ciekawa opowieść!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Na szczęście jak byłam we Włoszech to mieli 'normalne' prysznice :-)

      Delete
  7. Ale dzień, niech to...Bardzo fajnie napisane i cieszę się, że powspominałaś...

    ReplyDelete
  8. Haha, przygody karaluchowe tez mam :)

    ReplyDelete
  9. :D Mój Tato zawsze włączał klimatyzację, a ja wyłączałam :D Uwielbiałam ten tajwański zaduch! No i - teraz mam właśnie taką łazienkę, jaką wy mieliście w akademiku. A co do karaluchów - na Tajwanie kiedyś w trakcie mojego głębokiego snu coś mi połaskotało nogę i to ubiłam dłonią, sądząc, że to komar. Już gdy ubijałam, zorientowałam się, że na komara za duże... Po tym wypadku przez dobry tydzień oka nie mogłam zmrużyć i mnie wszystko swędziało...

    ReplyDelete
    Replies
    1. O kurcze! Chyba wszystko bym od razu wrzuciła do pralki, sama stała pod prysznicem przez godzinę i spać przez miesiąc nie poszła... brrr!

      Delete
  10. Dorotka, nieźle ci się ta emigracja zaczęła... i ten karaluch bleeee i tak dzielna byłaś, i obmyśliłaś plan działania :D haha bo człowiek w stresie to różnie reaguje ;)

    ReplyDelete

Post a Comment