Thursday, September 10, 2015

Wizyta u fryzjera na Tajwanie

Dzisiejszy wpis będzie trochę odbiegać tematyką od pozostałych, mianowicie nie będę pisać ani o dzieciach ani o edukacji domowej, ani o naszych podróżach, a podzielę się z Wami moimi spostrzeżeniami na temat ... zakładów fryzjerskich na Tajwanie.

Często osoby, które dopiero co przyjechały na Tajwan zadają pytanie gdzie można sie normalnie obciąć lub pofarbować włosy. My, osoby z "zachodu" (szczególnie kobiety) nie możemy za bardzo iść do pierwszego lepszego salonu fryzjerskeigo, bo niestety większość tutejszych fryzjerów nie ma pojęcia jak obcinać nasze "pióra". Włosy Tajwańczyków są ciężkie, grube, proste, no i oczywiście czarne. 

Od kilkunastu lat jest w Azji trend wśród młodych by zmieniać sobie kolor włosów, tzn je rozjaśnić. Jeśli będziesz chciała tu sobie ufarbować włosy na czarno, to pewnie spojrzą się na Ciebie jak na przybysza z kosmosu. Kto chce mieć czarne włosy?! Jednocześnie jednak nie powinnyśmy też używać farb oferowanych w większości salonów, bo jest to farba dla włosów azjatyckich, a więc bardzo mocna. Dlatego też zawsze wszystkim radzę, by farbę przywozili sobię z zachodu, najlepiej swoją sporawdzoną i tylko dali ją fryzjerowi do nałożenia. Oczywiście nieliczni fryzjerzy wiedzą jak należy postępować z naszymi włosami, ale znalezienie takiego eksperta nie jest łatwe.

Przyznaję się, nigdy nie farbowałam włosów, ale większość z moich znajomych to robi i mają już swoich stałych fryzjerów, na pewno nie idą do pierwszego lepszego. Jakiś czas temu poproszono Zosię by rozjaśniła włosy (do bardzo dobrze płatnej reklamy). Nie byłam tym zachwycona, ale co było robić? Wiedziałyśmy, że możemy zaufać znanemu nam już od kilku lat Kevinowi, że nie zniszczy długich włosów mojej córki. I rzeczywiście bardzo ciężko pracował (po godzinach, bo prawie do 23:00), a w kilka dni później cały proces odwracał  by Zosi włosy wróciły do swojego naturalnego koloru. (Do tej pory nie rozumiem dlaczego nie mogli jej zmienić koloru włosów w photoshopie.) 


Jak już się znajdzie odpowiedniego fryzjera, znającego się na naszych cienkich, kręconych włosach, to należy się go trzymać i nie puszczać! 

Postaram się Wam opisać cały proces wizyty w salonie fryzjerskim. Jest to bardzo relaksujące i miłe doświadczenie. Salon, do którego chodzi cała moja rodzinka nie jest ani wielki, ani bardzo znany, nie jest też w Taipei, a w New Taipei, ma chyba dwie filie (a może trzy). Nie ma super-ekstra wystroju, ale jest bardzo przyjazny klintowi.

Po wejściu i zaprowadzeniu na fotel od razu proponują kawę/herbatę lub inne napoje. Po chwili jedna z asystentek/uczennic przychodzi by zrobić masaż głowy, szyi i ramion. Następnie jest się prowadzonym do "umywalni", gdzie można wygodnie ułożyć się na rozkładanym fotelu i w pozycji leżącej poddać się myciu włosów. By woda/szampon nie dostał się przypadkiem do oczu lub też nie rozmazał make-upu, twarz zakrywają specjalną maseczką. Myjąc włosy robią kolejny masaż, pamiętają też o pytaniu się czy woda jest odpowiedniej temperatury. Cały proces mycia trwa około 20 minut i jest ... boski! Niektóre fotele są fotelami z masażem, wieć dodatkowo można przyjemnie zrelaksować się.

Po umyciu czas na strzyżenie. Kevin zawsze wie jak ostrzyc czy to mnie, czy Jasia, czy też Zosię lub Tima. Jeszcze ani razu nie zdarzylo się by któreś z nas było niezadowolone. Ja zawsze daję mu wolną rękę i naprawdę nigdy tego nie żałowałam. Kevin jest bardzo staranny, przycina równiutko, wyrównując w nieskończoność. Przy tym mało mówi i ... jest cholernie przystojny.


Dodatkowym plusem fryzjerstwa na Tajwanie jest cena - bardzo przystępna. W niektórych miejscach (nie nazwałabym ich salonami) Tajwańczycy mogą się ostrzyc za 100NT$, czyli 10-12zł. U Kevina jest oczywiście drożej, ale i tak nigdy nie płacę więcej niż 60zł.


A jakie są Wasze wrażenia i doświadczenia z wizyt w salonach fryzjerskich za granicą? Czy zawsze wychodziłyście zadowolone? 

3 comments:

  1. Ale milo! Ja do fryzjera chodzę bardzo rzadko, i chyba wolę w Polsce niż w Stanach. Jestem siwa i bardzo kudłata! Kiedyś chadzałam do "barber shop" w malutkim miasteczku. Tam było jak na amerykańskim filmie. Panowie wchodzą, zasiadają na fotelach, a własciciej goli ich i strzyże i do tego procederu używa brzytwy ostrzonej na skórzanym pasku. Wszyscy mówią dziwnym lokalnym akcentem i można się dowiedzieć kto siedzi w więzieniu a kto właśnie wyszedł i czyja żona się rozpiła. Synek właściciela z usmarkanym noskiem siedział w kątku z zabawkami i czekał aż mama ostrzyże kolejną klientkę, albo pomaluje jej paznokcie, i włączy mu telewizor na zapleczu. Specyficzna atmosfera... :)
    Pozdrawiam serdecznie.
    PS Zosia ślicznie wygląda z jasnymi włosami, ale jednak ładniej jej w jej naturalnym kolorze :) I faktycznie-mogli "sfotoszopować".

    ReplyDelete
    Replies
    1. W USA też nie za bardzo lubiłam chodzić do fryzjera, drogo, szybko i tak jakoś bezosobowo. Oczywiście pewnie poza tymi małymi 'barber shops" o których piszesz, ale tam to bym się nie odważyła nawet zajrzeć;-)
      Tutaj też są takie klitki, ale chyba nikt poniżej 65 roku życia tam nie wchodzi.
      Pozdrawiam!

      Delete
  2. O, tak, drogo przeraźliwie. a ta bezosobowość to jest tu chyba elementem bycia "pro". Nie lubię tego! We Włoszech było zupełnie inaczej. Zresztą tu to też zależy od regionu. Jak wszędze zresztą. Ach, długo by pisać....! :)

    ReplyDelete