Tuesday, March 31, 2015

Nowa Zelandia - Maorysi - Koru

W tym miesiącu miało nie być u nas warsztatu ... Dlaczego? Bo dość trudno zrobić coś z dziećmi jeśli jest się oddalonym od nich o pół świata - ja jestem w Polsce, a dzieci na Tajwanie, i tak przez cały miesiąc. Przylot do Polski był niespodziewany, nieplanowany i niewesoły. Ale nie o tym teraz ...

Od czego jednak ma się siedemnastoletnią córkę?!
Tak więc zleciłam jej wykonanie części warsztatu i opisanie go. Przekazuję klawiaturę Zosi:


********************

Na wiadomość, że mamy odrabiać lekcje za mamę, reakcja młodych Chen-Werników była mieszana. Ja, Zosia, zainteresowałam się, bo od dłuższego czasu nie robiłam artystycznych lub nawet nieartystycznych projektów. Jasia reakcja mnie zdziwiła niezmiernie - spodziewałam się, że odmówi natychmiast, ale od początku do końca żadnych kłótni ni pomruków nie było. Ania oczywiście była zachwycona i z wielkim entuzjazmem wzięła się do roboty, pozwalając mi pomóc sobie tu i ówdzie.

Z kilku pomysłów mamy na Pintereście, wybraliśmy wzorek Koru z Nowej Zelandii. Oto wzorek przedstawiający rozwijającą się paproć.



Po 'zgooglowaniu' wzorka i poczytaniu kilku stron i artykułów, widzieliśmy jak różni artyści modyfikują ten oto wzorek i została podjęta ostateczna decyzja.



Wpadłam na pomysł żeby zrobić wzór we wzorze, więc przecięłam płytę kanalikową (plastikowa tektura) na cztery części i narysowałam łączącą wszystkie płyty spirale. Niestety nie są Fibonacciego, bo rodzeństwo się niecierpliwiło...
Rozdaliśmy cztery płytki między siebie, zostawiając jedną dodatkową, nie sugerując, broń Boże, że jeszcze jednego członka rodziny potrzeba.


Nie mam zdjęć z wcześniejszych postępów, dlatego że większość czasu nadzorowałam Anię i pomagałam jej narysować ładniejsze spirale.






Zauważyłam, że Anka ma w sam raz 6 colorów, z których można zrobić pary barw dopełniających. Wątpię, by Ania zapamiętała je za pierwszym razem, ale fajnie było jej pokazać jak zrobić by poszczególne kolory 'wyskakiwały'. Przed każdą butelką z farbą, postawiłam zakrętkę koloru dopełnającego.




Spirale byłe namalowane pędzelkiem, a kropeczki paluszkiem.



Jasiek podjął się namalowania całego obrazka palcami.


Zastosował się też do innego rodzaju Koru, paproci, która nawet nie zaczęła się jeszcze rozwijać.



Nie brał farby prosto z tubki, tylko wymieszał pastelowe odcienie. Nieźle mu wyszło, jestem pod wrażeniem.


Po tym jak Anię wysłałam by sprzątnęła i umyła pędzelki, sama wzięłam się do roboty. Namalowałam kolorowe złączone spirale i kolorami dopełniającymi kropeczki dookoła.



Zdecydowaliśmy, że ja namaluję ostatnią płytkę, i oto owoc wysiłków młodych Chen-Werników!



****************

I co? Ja jestem zdumiona, zaskoczona, zachwycona tym co zrobiły moje pociechy. Nie spodziewałam się takich malunków, a tym bardziej takiego opisu! 
Zosiu, dziękuję Ci Kochana!
Naprawdę mnie wcięło...

A jak wypadły warsztaty u innych ... dorosłych? Zapraszam już teraz, a za miesiąc będzie o Azji i ... języku.


Sunday, March 29, 2015

Początki klasyfikacji zwierząt

Już trzyletnie maluchy można uczyć klasyfikacji zwierząt. 

My tak trochę przez przypadek podjęłyśmy ten temat. Nie byłam specjalnie przygotowana, ale nic nie szkodzi, to w końcu rodzic/opiekun/nauczyciel ma podążać za dzieckiem, a nie odwrotnie. 

Ania od jakiegoś czasu bawiła się, oglądała, rozkładała karty z wizerunkami różnych zwierząt, które dostała na lekcji muzyki (dzieci uczyły się o odgłosach i sposobie poruszania się zwierząt). 
Tak więc któregoś dnia poprosiłam ją by podzieliła zwierzęta na grupy: ptaki, ssaki i owady. Dlaczego tylko te trzy grupy? Tylko te zwierzęta były na kartach :-)

Oczywiście z ptakami Ania nie miała najmniejszego problemu, bo "mają skrzydła i fruwają"- to Ania wiedziała, ja dodałam, że "rodzą się z jajeczek". 

O ssakach musiałam Ani opowiedzieć - "po urodzeniu piją mleczko swojej mamy i mają futerko lub włosy. Ludzie są ssakami".
Sprawa z owadami też nie była trudna - "są malutkie, mają sześć nóg i ich ciało składa się z trzech części". Na razie tyle wystarczy :-)

Ania bawi się kartami - bez ładu i składu :-)

Zaczynamy!



I karty ułożone!
Teraz czas nazwać wszystkie zwierzęta.

Sunday, March 22, 2015

Edukacja domowa - Jak my to robimy?

Często inne uczące w domu mamy lub też rodziny przygotowujące się do edukacji domowej zadają mi pytanie - jak ja to robię, jak uczę trójkę dzieci w tak różnym wieku, o tak różnych zainteresowaniach i to jeszcze w dodatku w trzech językach?
Nie dalej jak przedwczoraj pytanie to zadała mi Buba z Bajdocji na swoim arcyciekawym blogu Bajdocja.

Na samym wstępie chciałabym zaznaczyć, że nie jesteśmy rodziną idealną, dzieci nie są aniołkami, nie są też wybitnie inteligentne czy uzdolnione, ja z mężem nie jesteśmy wszystkowiedzący, mamy swoje wady, też potrafimy się zdenerwować. Jesteśmy po prostu normalną rodzinką wychowującą dzieci w wielokulturowym i wielojęzykowym środowisku.


Podział zadań w naszej rodzinie:
Mówiąc o nas, rodzicach, w naszej domowej szkole śmiejemy się, że tata jest dyrektorem, a ja nauczycielką. Tata załatwia wszystkie papierkowe sprawy związane z ED, często pomaga otworzyć zamknięte drzwi. Dzięki niemu ja mam pełen komfort spokojnego nauczania. Ja z kolei zajmuję się przygotowywaniem lekcji, uczeniem dzieci i egzekwowaniem tego czego miały się nauczyć. Decyzje o wszelkich zajęciach dodatkowych czy też lekcjach grupowych są podejmowane wspólnie z dziećmi.

Rodzinne dyskusje:
Dzieci mają dużo do powiedzenia w naszym domu, liczymy sie z ich opinią, wysłuchujemy ich pomysłów i propozycji. Przed rozpoczęciem nowego projektu zawsze pytam się dzieci czy w ogóle są zainteresowane danym tematem. Kilka lat temu byłam pewna, że Jasiowi spodoba się pomysł projektu o Wikingach, jednak okazało się, że Jaśka ten temat zupełnie nie interesuje.Tak jak Zosi zupełnie nie interesowały dinozaury.

Zajęcia dodatkowe:
Wspólnie z dziećmi ustalamy również na jakie dodatkowe zajęcia je zapisać. Dawniej dzieciaki chciały chodzić na wszystko - łyżwy, pływanie, muzykę, plastykę, taniec - i to wszystko razy dwa (bo dwójka dzieci była). Nie dość, że takie zajęcia kosztują majątek, to jeszcze dni w tygodniu na wszystkie nie starcza. Tak więc przed terminem zapisów zawsze mieliśmy rozmowę, co je najbardziej interesuje, co najbardziej lubią. I tak przez całą szkołę podstawową Zosia chodziła na zajęcia z muzyki, tańca i trenowała łyżwiarstwo figurowe. Poza tym od czasu do czasu przez kilka tygodni chodziła na plastykę, basen, do harcerstwa. Jasiek z kolei od wielu lat chodzi na muzykę (pianino) i plastykę, rok temu, po 6 latach, skończył z tańcem.

Jak to jest teraz? 
Ania (4 lata) - zajęcia umuzykalniające po chińsku i angielsku, plastyka
Jaś (12 lat) - muzyka (pianino), saksofon, piłka nożna, tenis, plastyka
Zosia (17 lat) - zajęcia na uniwerku raz w tygodniu, tenis, zajęcia z modelingu

Lekcje w domu vs poza domem:
Na Tajwanie jest możliwość zapisu dzieci edukowanych w domu na zajęcia grupowe z innymi homeschoolersami. Zajęć tych jest do wyboru do koloru. Jeszcze kilka lat temu nie było dużego wyboru, bo też dzieci uczonych w domu było niewiele. Teraz można zapisać dzieci na matematykę, chiński, science, przyrodę, angielski, plastykę i to na wszystkich poziomach, od szkoły podstawowej po liceum. Swego czasu Zosia chodziła na chiński, science, przyrodę, zajęcia fotograficzne i coś tam jeszcze. Przeważnie jednak po kilku tygodniach rezygnowaliśmy z tych zajęć, gdyż logistyka zawożenia-przywożenia i zajęcie Jasia w czasie lekcji Zosi wykańczały mnie. Mieszkamy za daleko od miasta, by móc dzieci codzinnie dowozić na zajęcia. Teraz Jaś spędza jeden dzień w tygodniu ucząc się z innymi homeschoolersami science i programowania komputerowego. I chociaż zajęcia te odbywają się bardzo daleko od domu, to Jaś jest już na tyle duży, że mośe sam wracać do domu.
Już jakiś czas temu zauważyliśmy (i dzieci i ja), że dużo lepiej uczy nam się, gdy jesteśmy cały dzień w domu, nigdzie nie musimy się spieszyć. Wtedy mamy czas nie tylko na naukę, ale i na dłuższy spacer z psem, wspólne gotowanie lub pieczenie, zabawę na dworze.

Planowanie lekcji:
Według mnie planowanie to podstawa, szczególnie gdy dzieci są już trochę starsze. Do zaplanowania lekcji na semestr/rok używam programu Homeschool Tracker. Jest idealny - pod każdym przedmiotem wpisuję odpowiednie strony z podręczników, ćwiczeń i książek, kart pracy. 

 

Raz na tydzień, w niedzielę, drukuję plan lekcji na cały tydzień. W ten sposób Jasiek wie jakie lekcje ma zrobić którego dnia. Po wykonaniu zadanie 'odhaczamy' i już.



Program ten jest również bardzo pomocny w sporządzaniu sprawozdań na koniec roku szkolnego. Mogę wydrukować listę zrobinoych lekcji w danym przedziale czasowym:



Teraz planuję lekcje jedynie dla Jasia. Zosia ma tak nieunormowany czas zajęć, że trudno cokolwiek dla niej planować. Ania z kolei jest jeszcze mała i wystarczy jak powiem jej co ma zrobić gdy widzę, że sama nie może się zdecydować. 
Jaś lubi wiedzieć ile i jakie lekcje ma do zrobienia danego dnia. Dlatego bardzo ważne jest dla niego posiadanie planu zajęć. Bez planu cały dzień jest zmarnowany, niczego właściwie nie mogę od niego wyegzekwować.
Planując lekcje na cały tydzień muszę również przygotować wszelkie wydruki, pomoce, karty pracy by nie robić tego w dniu, w którym mają być użyte (cały dzień mi się wtedy rozwala). Muszę również wziąść pod uwagę dodatkowe wyjścia, np na wystawę, by przygotować dzieci i siebie na zwiedzanie i by zostawić później trochę czasu na sprawozdanie z wystawy czy wycieczki.

Homeschooling a prowadzenie domu:
Nie cierpię bałaganu! Nie znoszę brudu! Porządku i czystości wymagam też od dzieci. Wieczorem, oprzed pójściem spać, wszystko ma być podniesione z podłogi, biurka sprzątnięte. Często ubranie na następny dzień przygotowane. W ten sposób nie muszę zaczynać dnia od sprzątania. 
Mamy duże dwupoziomowe mieszkanie (200m2), więc powierzchni podłogowej jest sporo. Mamy też psa, więc rano wszędzie jest pełno kłaków i piachu (na parterze, bo na piętro pies nie wchodzi). Rano włączam robota-odkurzacz i po pół godzinie, bez nakładu pracy mam czystą podłogę. 
Śniadania dzieci robią sobie same - różne płatki z mlekiem, gofry, tosty, lub też chińskie placki (to specjalizacja Jasia). Lunch - kanapki, jakaś zapiekanka makaronowa, ryż z dodatkami, naleśniki, placki, pierogi (z zamrażalnika). Dinner, czyli obiado-kolację, jemy czasami w restauracyjkach (gdy jesteśmy akurat wieczorem w mieście). Gdy gotuję w domu (4-5 razy w tyg.), to nie może mi to zając dłużej niż godzinę (od wejścia do kuchni, do postawienia jedzenia na stole). Jeśli coś musi się dłużej gotować, dusić, to przygotowuję to w czasie gdy dzieci jedzą lunch. 
A kiedy robię zakupy? Nie częściej niż raz w tygodniu, często raz na dwa tygodnie. Na bieżąco uzupełniam jedynie owoce i warzywa. Sami pieczemy chleb (w maszynie do pieczenia chleba).
Prasowanie - wieczorami, gdy młodsze dzieci śpią. Zosia prasuje swoje ubrania.
Raz w tygodniu przychodzi Filipinka, która porządnie myje mi podłogi i łazienki (3), a także okna. Szczerze powiedziawszy, to zatrudniamy ją głównie by jej pomóc finansowo, bo i bez niej dałabym radę.